Ariana dla WS | Blogger | X X X
Fagra, grýttur land, heimr Árnadalr
piękna, kamienna ziemia, dom Arendelle.

2.2.25

Rozdział 119. O przyzwoitości

_______________


RĘCE WCALE JEJ SIĘ NIE TRZĘSŁY, kiedy schodziła po schodach. Musiała tylko uważać, żeby patrzeć wyłącznie pod nogi – nie na pudełko – co było dość trudne, biorąc pod uwagę, że niosła je przed sobą. Wszystko wydawało się odrealnione, zupełnie, jakby to wspomnienie nie należało do niej.

Może nie należało.

Starała się liczyć stopnie, ale znów się pomyliła, zanim dotarła do dwudziestu. Z kuchni sączyło się światło, przy siedemnastu zaczęło rysować jasne smugi na wełnianych skarpetach.

Zatrzymała się u podnóża schodów, kiedy pas światła na podłodze się rozszerzył. Wspiął się po spódnicy, sięgnął zmęczonych, zapłakanych oczu, coraz ostrzejszy i bardziej drażniący. Zamrugała intensywnie.

— Pozwoli panienka, coby na kwilke...?

Zobaczyła ciepły odblask ognia plątający się we włosach gospodyni. Barwił miedzią klamkę, na której opierała żylastą dłoń. Uniosła drugą, machnęła, gest wydawał się zapraszający, chociaż ton głosu miała szorstki.

— Tak? — Anna spróbowała nadać twarzy wyraz, jeśli nie sam w sobie uprzejmy, to przynajmniej uprzejmego zdziwienia. Odchrząknęła, nie podobał jej się ten znak zapytania, użyła go za późno, jakby znów coś przegapiła. — Tak.

Zawahała się, ale kobieta znów na nią zamachała, tym razem ze zniecierpliwieniem, i cofnęła się w głąb pomieszczenia. Anna powoli ruszyła w jej kierunku.

Nie mogła się garbić. Tuż za progiem ściągnęła ramiona i spróbowała stanąć tak, jak uczyła ją mamma, z godnością i opanowaniem. Uniosła brodę, bo kiedy patrzyła w ziemię, musiała też oglądać swój dekolt, i spojrzała na gospodynię. Ona też się w nią wpatrywała, miała mały nos i zmarszczone brwi; wyostrzały jej rysy i wyciągały z nich poczciwość, którą dostrzegła wcześniej w holu.

— Panienka ino uważa — ostrzegła. — Żem słyszała, że jak raz jedna dama brzegiem sukni żar z pieca zamiotła, to cała chałupa z ogniem poszła.

Anna odruchowo przełożyła pudełko z grą do lewej ręki, niepewnie zacisnęła palce prawej na materiale, ale przez to tylko jeszcze bardziej się rozkołysał. Puściła.

Poczuła się nieswojo.

W zamku już w Potem często przesiadywała w kuchni, która w Teraz stała się jedynym miejscem, gdzie jeszcze potrafiło zrobić jej się  z b y t  ciepło. Ta w baronii, chociaż zdecydowanie mniejsza, wyglądała podobnie – pełna glinianych misek, żeliwnych patelni i drewnianych warząchwi. Wciąż pachniało w niej kolacją, odrobinę słodkawo – palonym drewnem, może ziemniakami. Kiedy gospodyni potrąciła płócienny worek oparty o nogę stołu, w powietrze uniósł się obłoczek mąki.

Anna spojrzała na blat, zamrugała. Z tej perspektywy wydawał się oszroniony. Tak samo wyglądały wszystkie meble w dniu śmierci rodziców – w dniu, w którym się o niej dowiedziały.

Pamiętała to czy właśnie sobie przypomniała?

— No, ale panienki sukience to raczej do tego raczej daleko, hę? Rozgogolona panienka taka, że aż wstyd, i nogi całe na wierzchu, a chłopy dyć uciechę mają.

Anna utkwiła spojrzenie w swoich stopach i odrobinę się przesunęła, żeby nie stać na łączeniu między kaflami. Podkurczyła palce, przeniosła ciężar ciała na pięty, próbując skupić się na pieczeniu otarć, nie na pieczeniu policzków. Kątem oka zobaczyła, jak gospodyni podnosi coś z ławy.

— Jaka ciasnocka by się lepij nadała, ale nic żem nie znalazła, świntyj pamięci pani baronowa jednak dużo niższa od panienki była. — Kobieta podeszła do niej o wiele bliżej niż to było stosowne, zmuszając ją, żeby odrobinę się pochyliła. Do włosów przylgnął jej zapach smażonej ryby, ręce pachniały dziwną mieszaniną mydła i kurzu, kiedy sięgnęła, żeby udrapować jej na ramionach chustę, długą i grubą, w przykurzonym ceglastym kolorze, który mógł być kiedyś pomarańczowy. — Ale zawsze coś.

Odsunęła się na krok, żeby krytycznie się jej przyjrzeć.

Wełna wciąż jeszcze była ciepła bliskością pieca, ale nieprzyjemnie drapała w szyję, a frędzle sięgały aż do żeber i łaskotały, więc Anna zaczęła się wiercić. Miała nadzieję, że dyskretnie.

— No, od razu lepij.

A wystarczyłoby, żeby zwyczajnie udała, że jej nie dosłyszała, odwróciła się w prawo, w stronę bawialni, albo w ogóle zawróciła, wrzuciła patchesi do kominka i skłamała, że się pomyliła, wcale go ze sobą nie zabrała, może wtedy mogłaby udawać przed samą sobą, że nic się nie wydarzyło. Była w tym tak dobra, że mogła robić to zupełnie nieświadomie, i zawsze się nabierała.

— Ale Kris... to znaczy, pan baron... o-on przecież nie...

Nie wiedziała, co powiedzieć. Wciąż czuła w sobie przeogromną pustkę i bała się, że porwie ją najmniejszy przeciąg, jak balon, i uniesie się tak wysoko, że nie będzie się już można nawet domyślić, jakiego była koloru.

— Ano, pan baron jest bardzo przyjemny — zgodziła się gospodyni. — Ale toć to tyż chłop, a od kiedy to chłopom udaje się trzymać łapy przy sobie?

Myśli Anny, zupełnie nieproszone, natychmiast powędrowały do Niego. Gwałtownie potrząsnęła głową. Wszystko, tylko nie On.

— Pastor czy wydobywca lodu, wszyscy tacy sami.

Pomyślała o Eugènie. Przypomniała sobie plotki na temat lorda Peterssena. Przed oczami mignęli jej mężczyźni z gospody u Hilde. Kjærstad. I urodziny Kristoffa, wóz Kristoffa, usta Kristoffa, dłonie Kristoffa. Wszyscy tacy sami.

Nie rozumiała, dlaczego walczyła z potrzebą ucieczki.

— Ja panience żadnej przykrości nie chcę zrobić — zapewniła gospodyni, wyraźnie źle odczytując jej skrzywioną minę — ale gołym okiem widać, jak się panienka do niego mizdrzy, no aż przykro. Bo wie panienka, pan baron to może jeszcze nie po słowie, ale tyż zajęty.

— Zajęty? — powtórzyła Anna z niedowierzaniem, bo przecież chyba by wiedziała, nawet jeśli nie ona, to ktoś życzliwy, kto szepnąłby słówko dziennikarzom, żeby później ktoś inny mógł podsunąć rubrykę plotkarską pod nos Elsy albo Todderuda i dopilnować, żeby jej unglückliche Liebende z romantycznego wyobrażenia stało się tragicznym faktem.

Ale, z drugiej strony, czy ktokolwiek wiedział, co robiła latem? Nie w porcie, w Knerten, i… jeszcze później. Że spędziła całą noc w mieście? Że zamiast w Baden, wylądowała w Rosendal?

Kristoff umiał być dyskretny.

— A przez kogo? — zmusiła się, żeby zapytać. Właściwie to niekoniecznie chciała wiedzieć, ale każda opcja, która przychodziła jej do głowy, była gorsza od poprzedniej. Ingrid wiecznie robiąca do niego maślane oczy. Pożeraczki Diamentów. Prostytutka z Dynevoll. Ta wstrętna służąca, nie taka znowu ładna z bliska.

— No jak to: „przez kogo”? Przeca każdy wie, że księżniczka go tak usidliła, że zanim panienka przyjechała, to za żadną się ani razu nie obejźrzał, nawet jak sama królowa tu urzędowali przez dwa dni, a ta to taka pikność, jak to się mówi, posągowa…

— K-księżniczka! — Anna musiała koniecznie coś zrobić z rękami. Wygładziła fałdy spódnicy i uniosła dłoń, dotknęła stanika sukienki, twarzy, włosów. W ostatniej chwili złapała wymykające się jej z objęć pudełko. — Naprawdę!

Poczuła, że jej serce rośnie jak ciasto drożdżowe w cieple pieca, jakby zaraz miało przelać się przez formę.

— Człowiek się stara jak może, przed lustrem godzinami stoi, a potem nie wiadomo skąd zjawia się taka tłusta krowa z krzywą mordą i co?! Baron łazi za nią jak pies!

Zirytowany głos mieszał się z odgłosem chlapiącej wody.

— Widocznie trafił na sukę — zasugerowała dziewczyna, która podawała kolację. Przesadnie energicznie wyżęła ścierkę nad wiadrem i wróciła do szorowania podłogi w miejscu, które wskazała jej stojąca nad nią drobna blondynka.

Tej Anna nie znała.

Opierała się o framugę drzwi z nogami skrzyżowanymi jednocześnie w łydkach i kostkach. Jedną dłoń wsparła na biodrze; druga przesuwała się w powietrzu między jedną niewidzialną plamą a drugą. Zamaszystość jej ruchów przywodziła na myśl bardziej dyrygenta orkiestry niż zwykłą służącą.

— Zresztą, sama mówiłaś, że… — Dziewczyna z oczami w kolorze herbaty zamarła. Anna nie była pewna, czy zobaczyła jej odbicie w wodzie, poczuła drżenie kroków czy usłyszała oddech.

— No i co? To wciąż za wysokie progi. — Blondynka zauważyła ją dopiero, kiedy druga służąca szturchnęła ją w ramię. Wtedy podniosła głowę i spojrzała Annie prosto w oczy już w połowie zdania, ale mimo to nie zniżyła głosu. — Ładna sukienka z dziwki damy nie zrobi.

Wykrzywiła tylko twarz w parodii uśmiechu.

Anna zatrzymała się w pół kroku, z – zakłopotaniem. Tak, chyba tak.

Nie przestraszyła się, jak wtedy Kjærstada – chociaż właściwie nawet wtedy bała się bardziej przyłapania na gorącym uczynku niż jego samego – raczej zdziwiła, bo nie mieściło jej się w głowie, jak można wypełniać sobą całą przestrzeń w taki sposób, w jaki robiła ta dziewczyna.

Bo powinno jej być przykro, słowa miały ranić – och-Anno, nie-jesteś-już-sama, nie-kocha-cię-tu-nikt, bardzo-go-upokorzyłaś – ale czuła tylko nieprzyjemny, palący ciężar gdzieś w dole brzucha, który kazał jej objąć się ramionami. Miała wrażenie, jakby jej serce, bijąc, trafiało prosto w pudełko patchesi.

Bo istniały też zupełnie inne słowa, niewiele, ale – mógłbym-cię-pocałować, nie-powinienem-był-cię-wtedy-zostawiać, nie-chcę-żebyś-wychodziła-za-kogokolwiek-innego, księżniczka-go-usidliła.

Anna zadarła podbródek do góry i odpowiedziała prawdziwym, szerokim, pełnym zębów i zupełnie szczerym uśmiechem, zanim wyminęła je obie w drodze do bawialni.

I mogło się – chociaż oczywiście nie musiało! a jeśli nawet to,  z u p e ł n i e  n i e c h c ą c y  – zdarzyć, że zadeptała kawałek umytej podłogi. Oczywiście wcale nie ślizgała się przy tym na skarpetkach, ani nawet raz. To byłoby już niegrzeczne.

_______________

Ciasnocka to w gwarze podhalańskiej półhalka.

4 komentarze

  1. Rewelacja jak zawsze. Codziennie niemal sprawdzam czy jest coś nowego. Dziękuję za ten blog.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, nie wiedziałam, że ktoś tu jeszcze zagląda, bardzo mi miło! Mam postanowienie noworoczne, żeby pisać więcej, więc mam nadzieję, że uda się niedługo wrzucić nowy rozdział i utrzymać tempo :)
      Ja z kolei strasznie dziękuję za komentarz! ❤❤

      Usuń
    2. Oj, oczywiście miałam na myśli nowych (dla mnie) czytelników 😅 Ty jesteś stałym!

      Usuń