Ariana dla WS | Blogger | X X X
Fagra, grýttur land, heimr Árnadalr
piękna, kamienna ziemia, dom Arendelle.

5.1.25

Rozdział 117. Wszystkie imiona śniegu

_______________


ANNA ODŁOŻYŁA SZTUĆCE, ale jeszcze przez chwilę przesuwała je po talerzu, jakby szukała odpowiedniego ułożenia, które miało sygnalizować koniec posiłku – celowała gdzieś pomiędzy wpół do szóstej a siódmą. Podobało mu się, jak gładko wyglądała jej skóra w miękkim świetle.

Jens kręcił resztką piwa w szklance, obrączka rzucała poszarpane zajączki na haftowany obrus.

— Ty nie pijesz? — zwrócił się do Anny, przerywając tę krótką ciszę, która zapadła, kiedy już upewnił się, że na Lodowych Polach wolno mu opowiedzieć, że w wyższych kręgach jada się zanętę na ryby, a Juhani otarł usta i koszulę serwetką. — Daj, naleję ci trochę.

— Mi też możesz — powiedział Kristoff, popychając swoją szklankę w jego stronę. Rozprostował palce aż do skurczu w nadgarstku, czując, że jeśli jeszcze raz ściśnie tak mocno, pewnie ją rozgniecie.

Skinął głową, kiedy Jens dolał mu po sam brzeg. Pociągnął łyk, później kolejny, jeszcze jeden, wypił duszkiem połowę. Zimne szkło zakłuło w wargi. Zamknął oczy, odetchnął głęboko we wnętrze szklanki, zanim ją odstawił, jego oddech zaparował ciemny kontur kredensu, który miał ochotę przewrócić za każdym razem, kiedy na niego patrzył. Kusiło go potrącenie łokciem stojącej na nim porcelanowej figurki, kopnięcie jednego z tych walających się pod nogami, wiecznie podwijających się dywaników; trzaśnięcie drzwiami tak mocno, żeby zmienić układ obrazów, zdjęć, świętych obrazków czy co-to-było przestało po tym, jak dostrzegł źle zamaskowany strach na twarzy najmniejszej służącej. Zdawała się smutna jak mały, zwiędły kwiat, blada i poważna.

Dzban stuknął po jego prawej stronie, zaskakująco ciężko, biorąc pod uwagę, ile zdążyli wypić. Miał wrażenie, że siedzą tak całymi godzinami – nie przy stole, w Grimstad w ogóle.

— Nie… — zaprotestowała Anna, ale Jens już sięgnął po jej szklankę. — Dobrze… no, może trochę.

Kristoff odstawił własną w sam raz, żeby zobaczyć, jak szeroko otwiera oczy. Jens nalał jej tak szczodrze, że każda próba podniesienia szklanki albo nawet odetchnięcia w jej kierunku groziła wylaniem się piwa poza krawędź.

Anna ostrożnie się nachyliła. Siorbnęła pierwszy, nieufny łyk, skrzywiła się, po dłuższej chwili i z wyraźnym trudem przełknęła, po czym pospiesznie sięgnęła po herbatę. 

— Fu — oceniła. — Jak w ogóle można to pić?

— Poczekaj, aż spróbujesz wódki — skomentował Kristoff. — To nie była propozycja — zastrzegł poniewczasie, bo uświadomił sobie, że, jak ją zna, pewnie potraktuje to jako wyzwanie.

— No nie wiem — oświadczyła tonem pełnym słodyczy. Nie podobał mu się ten błysk w oku, nie wróżył niczego dobrego. — Dokładnie tak mi to brzmiało.

— Ale nią nie było.

Anna pokazała mu język. Jens przechylił głowę na bok i obrzucił go długim spojrzeniem. Nachylił się nad stołem w jej stronę, wokół ust błąkał mu się lekki uśmiech.

— Oo,  z d e c y d o w a n i e  propozycja — zapewnił z miną znawcy.

— Po czyjej ty jesteś stronie, co? — burknął Kristoff.

— Najczęściej po twojej. — Jens mrugnął do niej i odchylił się z powrotem do tyłu, żeby się napić. — Swoją drogą, to piwo jest całkiem niezłe — stwierdził.

— Chociaż mało kto pije alkohol dla smaku — wtrącił filozoficznie Juhani. — Jak to się mówi, gdy życie dupa, zalej się w trupa.

Anna przygryzła wargę, jakby nie umiała zdecydować, czy mówił poważnie, czy tylko żartował. Prawdę mówiąc, Kristoff też nie potrafił. To był ten specyficzny rodzaj humoru, który dzielił z mummi, ponura prawda wypowiedziana jak drwina.

Przez krótką chwilę siedzieli w milczeniu, które przerwała kilkukrotnie zegarowa kukułka. Później zegar tylko miarowo tykał, wahadło skrobało o ścianę.

— A często tak?

— Często jak?

Kąciki jej ust wciąż drgały, kiedy powtórzyła:

— Życie dupa.

Kristoff opluł się piwem. To był prawdopodobnie pierwszy raz, kiedy usłyszał, jak księżniczka prawie-przeklina. Anna na moment zamarła, zanim dotarło do niej, co powiedziała.

— W sensie… czy-y… no, czy ciężko jest.

Kristoff otarł brodę grzbietem dłoni, wzruszył ramionami i odpowiedział, zanim któryś z nich zdążył to zrobić:

— Człowiek się przyzwyczaja. Jak jest robota…

— …to nie ma czasu pić — wszedł mu w słowo Juhani. — A jak nie ma roboty…

— …to nie ma za co — dokończył Jens. Zaśmiał się; Kristoff i Juhani tylko uśmiechnęli. — Ale ostatnio nie mamy na co narzekać.

Anna odchrząknęła, niepewnie poprawiła się na krześle i zaczęła wygładzać serwetkę, wpatrując się w nią, jakby nagle stała się najciekawszą rzeczą na świecie.

— Tak, Els… tak słyszałam — zagadnęła ją, przytrzaskując zagięty róg szklanką, nadal wściekle zarumieniona. — To prawda, że wydobywcy lodu często spędzają na Lodowych Polach całe tygodnie? — Wszyscy trzej jednocześnie przytaknęli. — I co tam robicie tyle czasu?

— Wydobywamy lód? — rzucił Kristoff.

— To logiczne, Kristoffer. Chodziło mi o to, co robicie  p o z a  t y m .  Na przykład… o czym rozmawiacie?

— O niczym — uciął natychmiast.

— Głównie milczymy — sprostował Juhani.

— Czasem gadamy o lodzie — dodał Jens.

— O  l o d z i e ?  — Z niedowierzaniem zmarszczyła brwi. Kristoff zmusił się, żeby oderwać wzrok od jej twarzy i spojrzeć gdziekolwiek indziej. Padło na zegar.

— No — potwierdził Juhani. — Jaki jest gruby, czy łatwo pęka…

— Wyjątkowo chujowo, jak zaczyna się rozwarstwiać — wtrącił Jens. — Pamiętasz ten skoavdi¹ z końcówki września, Kristoff?

Długa wskazówka sztywno przesuwała się w stronę dwójki, niemal stykała się z cyfrą; dochodziło dziesięć po ósmej – ale przecież nie mógł chyba tak długo na nią patrzeć? Nie, niemożliwe – zerknął tylko. Zegar źle chodził.

Próbował przypomnieć sobie te wszystkie godziny, które minęły od przyjazdu Anny, od ich przyjazdu, które w ogóle spędził w Grimstad, wszystkie przepełnione głęboką tęsknotą za lasem, górami i samotnością, ale przygryzła wargę – zobaczył to kątem oka – i jego myśli nagle zmieniły kierunek.

Jens trącił go ramieniem.

— Co?

Wzdrygnął się. Gdyby zostało mu coś w szklance, pewnie zachlapałby obrus.

— Ślinisz się — powiedział Jens bezgłośnie, dolał mu resztkę piwa z dzbana i jak gdyby nigdy nic dołączył do przerwanej rozmowy, podtrzymywanej obecnie głównie przez uprzejme „ach” i zdziwione „och” ze strony Anny. — Ale ogółem skávvut² jest najgorszy.

— Ajuści, już jej mówiłem — przytaknął Juhani. — Albo skabla³. Też chujstwo.

— Czemu? — zapytała Anna.

— Czemu? — powtórzył z niedowierzaniem Juhani. — Żartujesz sobie?

Pokręciła głową.

— Ten tutaj — Jens wskazał kciukiem na Kristoffa — dostał od ciebie tytuł Nadwornego Lodziarza…

— Wcale nie ode mnie, to Elsa…

— No właśnie, twoja siostra jest pieprzoną Dziewicą Lodów, całe państwo dosłownie stoi lodem, a ty nawet nie wiesz, że vuožža to jedyna akceptowalna forma?

— Wcale nie, skablut też się nada — zaoponował Kristoff.

— Jak chcesz się najebać.

— Albo roavru — podsunął Juhani.

Roavru jest dla leniwych.

— Ale… lód to przecież lód — zaczęła Anna z pewnością, która z każdym słowem topniała jak siebla — …nie?

Pisspreik — żachnął się na to Kristoff.

Höpöhöpö — obruszył się w tej samej chwili Juhani.

Wymienili spojrzenia.

— A to niby co miało znaczyć?

Jens westchnął z miną znawcy.

— Czego oni was uczą w tym zamku? — zapytał, dokładnie tak, jak on sam kilka tygodni wcześniej. I, dokładnie tak jak wtedy jemu, Anna odpowiedziała:

— Francuskiego, bo co? — Wyglądała przy tym, jakby bardzo chciała mu przy tym pokazać język, ale zamiast tego uniosła szklankę i tylko skrzywiła się do jej wnętrza. — I jedzenia krewetek, najwyraźniej — dodała po zawahaniu, raczej żartobliwie niż zaczepnie, jakby chciała zatrzeć poprzednie wrażenie.

Kristoff uśmiechnął się, bardziej pod nosem niż do niej, ale i tak odwzajemniła ten uśmiech. Upił łyk i z zaskoczeniem powitał nasilające się uczucie pewnej… zażyłości. Rozchodziło się wzdłuż gardła i sięgało policzków, ciepłe jak zbyt szybko przełknięty alkohol, tak znajome jak zapach mrozu, snusu i tønner potu wylanych podczas pracy.

Skávvut i skabla to tylko szron, który próbuje udawać lód — wyjaśnił jej. — Skávvut jest gorszy do rąbania, ale skabla bardziej niebezpieczny.

Nachyliła się w jego stronę, wciąż czuł zapach jej perfum przylegający do skóry, mydło i czas tylko odrobinę go stłumiły.

— A ten trzeci?

Albo to sobie wyobraził, albo rzeczywiście była na tyle blisko, że jej oddech połaskotał go w szyję – tak blisko, jak w zamku żadne z nich nie odważyłoby się przysunąć.

Suddi? — rzucił pierwsze, co przyszło mu do głowy, bo nie miał pojęcia, co powiedział wcześniej Jens, w ogóle się nie skupiał. — To akurat nie lód, tylko…

— Nie, jakoś inaczej… Zaraz, czekaj – ile właściwie macie tych określeń na lód i śnieg?

 Wzruszył ramionami. Chociaż na nich nie patrzył, mógłby przysiąc, że Jens i Juhani zrobili dokładnie to samo. Nikt nigdy nie zadał sobie trudu, żeby je policzyć. To byłoby zwyczajne marnowanie czasu i energii.

— Wszystkie.

I to nie  o n i  mieli, tylko Nordhuldra. Kupowali od nich skórę i mięso reniferów, targowali się o noże, próbowali wymazać ich z ziemi i kradli nazwy na wszystko, na co nie potrafili wymyślić słów po norwesku, chociaż matka ostrzegała go kiedyś, że niczego nie należy nazywać po imieniu – w przeciwnym razie łatwo można wszystko stracić.

Eadni.

Lávvi.

Nie umiał sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek powiedział ráhkis albo ruoktu¹⁰ – wszystko na to wskazywało. Zapatrzył się w rozlewające się na ścianie rozedrgane złote plamy, odbicie płomieni. Może powinien kiedyś powtórzyć to drugie.

Anna pociągnęła go delikatnie za rękaw.

— Udowodnisz?

— To żadna zabawa, wyrecytuje je jak paciorek — stwierdził Juhani, ledwo Kristoff zdążył otworzyć usta.

— Poproś go lepiej, żeby podał imiona kilku wydobywców — zasugerował Jens. Zakreślił palcem kółko w powietrzu nad stołem. — Nie licząc naszych.

— Odwal się, Jens.

— Wymień chociaż ze trzech i się odwalę. 

— Twój stary, Tor, Arne. Zadowolony?

— Żadnego nie zaliczam, mówiłem, że nie może być z naszych.

— Mówiłeś, że mam wymienić  t r z e c h .  Ja pierdolę.

— Trzech  i n n y c h .

Kristoff odsunął od siebie pustą szklankę, przesunął dłońmi wzdłuż twarzy i westchnął w ich wnętrze. Między palcami widział połowę szerokiego uśmiechu Jensa, odcień rumieńców Anny, palce Juhaniego uderzające bezgłośnie o blat, podrygujące między nimi płomienie świec.

— Groven, Oskar Stenberg i ten… jak mu tam… Kornelius.

Tłumiony śmiech Jensa zabrzmiał jak bulgot.

Höpöhöpö.

— Kiril.

Höpöhöpö.

— Karljohan. Nie, czekaj! Karlgustav.

Höpöhöpö.

— Karlanders.

Höpöhöpö. — Ramiona Juhaniego niebezpiecznie drżały. — Wszystkie imiona będziesz tak sprawdzał?

— Karlpetter — odpowiedział Kristoff. — Karlerik.

Juhani nie dał rady wykrztusić piątego „höpöhöpö”. Przycisnął złożone dłonie do twarzy i zaniósł się bezgłośnym śmiechem.

— Karloskar.

— Nawet… nie jesteś… blisko. — Potrząsnął głową, próbując się uspokoić, ale wystarczyło, że spojrzał w jego kierunku i znów zaczął się śmiać.

— Ugh, dobrze wiecie, o kogo mi chodzi. — Kristoff z irytacją przewrócił oczami.

— Ja nie wiem — zapewniła niewinnie Anna, nawet nie próbując ukrywać, że dobrze się bawi. W jej głosie dźwięczał śmiech, ale ten chichot stanowił tylko tło dla ryku, który wydał z siebie Jens.

— No, ten cały… Kristian od Haralda. — Cofnął rękę z jej uścisku, żeby zablokować dłoń, którą przyjaciel zamierzał właśnie szturchnąć go w żebra. — Zresztą nieważne, masz te swoje trzy imiona, spierdalaj.

— O kurwa — stęknął Jens, ocierając oczy. — Nigdy mi się nie znudzi.

Kristoff sam go szturchnął.

— To jak w końcu się nazywa? — chciała wiedzieć Anna.

— Knut… Knudsen. — Plecami Juhaniego znów wstrząsnął śmiech.

Tym razem Kristoff też się roześmiał, cicho, ale szczerze, pokręcił głową.

— Poważnie?

— Ajuści — przytaknął Jens. — Między innymi dlatego to takie śmieszne. — Bez wielkich nadziei, jakby odruchowo przechylił pusty dzban i obrzucił tęsknym spojrzeniem szklankę Anny, zanim pokręcił głową i przeniósł wzrok wyżej i przesunął spojrzeniem gdzieś pomiędzy jej skronią i jego policzkiem. — Nie wyobrażasz sobie, jak musi się biedaczek nagimnastykować, żeby na Lodowych Polach w ogóle się do kogoś odezwać.

— Bez przesady — zaoponował Kristoff. — Wszyscy się zwyczajnie tykają. Wcale nie muszę…

— Co robią? — przerwała mu Anna.

— Są na ty.

Z jakiegoś powodu wyjątkowo ją to rozbawiło.

— Bardziej „Ej, ty” w twoim przypadku — skorygował Jens. Prawie się uspokoił, ale na chwilę się zapomniał, znów spojrzał prostu na Kristoffa i obaj parsknęli śmiechem. — O, zobacz, jaki przy tobie jest wesoły, normalnie by się tylko na nas wkurwił.

— Bo normalnie bardziej się ze mnie napierdalacie.

Höpöhöpö.

— A w życiu!

W dźwięk gasnącego rozbawienia wdarły się szybkie kroki. Wróciła jedna z gówniar, żeby zebrać naczynia. Powietrze wypełnił znajomy maślany zapach gotowanej kaszy. Dobrze mu się kojarzył: z suchą i spękaną ziemią, w którą całe popołudnie wbijał łopatę – albo z gankiem w Lehtola, gdzie siadywali na skórze renifera, z zamkniętymi oczami zaciągając się ciepłym światłem i zimnym powietrzem, dziadek pił kawę przez kostkę, a babcia kręciła się wokół z miotłą, strącając zwieszające się z dachu sople, żeby żaden nie wbił się któremuś z nich przypadkiem w głowę.

Kristoff położył ręce na kolanach. Kiedy zacisnął je odrobinę mocniej, zapulsowały w przyjemny, prawie zapomniany sposób, jak w pierwszych tygodniach na Lodowych Polach albo po zakończonym dniu harówki w tartaku, kiedy nawet zimna woda parzyła.

Nie sądził, że jeszcze kiedyś to poczuje.

Wrażenie zrobiło się niepokojące, kiedy to sobie uświadomił. Powinien być przyzwyczajony do pracy, jego skóra nie miała prawa do pęcherzy, wszystkie całe lata wcześniej zmieniły się w odciski, dodające dłoniom odrobinę szerokości, nie powinny być wyczuwalne, powinny po prostu tam  b y ć ,  jak zgrubienia na palcach od gry na lutni, jak spiłowane w warsztacie opuszki dziadka, wszystkie blizny, o których nawet się nie pamiętało.

Odruchowo przesunął kciukiem po aškkas. Miał wrażenie, że gdyby uniósł prawą dłoń wnętrzem do góry, mógłby zobaczyć przez nią nie tylko swoje kolana, ale nawet podłogę.

Zastanawiał się, czy ktokolwiek oprócz niego by to zauważył.

I czy kompletnie mu już od tych wszystkich trolli i księżniczek odjebało.

— Napiją się panowie jeszcze czegoś?

Machnął ręką. Blizna zniknęła, kiedy zacisnął pięść, dokładnie tak, jak powinna.

Jens wzruszył ramionami, Juhani milczał.

Anna przysunęła krzesło odrobinę bliżej stołu i jednocześnie, może zupełnie przypadkowo, odrobinę bliżej niego. Kiedy się na nim poprawiła i przycisnęła plecy do oparcia, ich ramiona znów prawie się stykały, mimo że żadne nie trzymało już rąk na blacie.

— A ja mogę prosić o jeszcze jedną herbatę? — zapytała.

Kristoff mógł nie zauważyć, że dziewczyna pominęła ją w swoim pytaniu, ale to, że zaczęła po kolei zbierać wszystkie naczynia wokół jej nakrycia, udając, że nie dostrzega odsuniętego na skraj serwety talerza ze skrzyżowanymi sztućcami, nie pozostawiało wątpliwości, że zignorowała ją celowo.

— Nie dosłyszałaś? — warknął.

— O-oczywiście, panie baronie — bąknęła gówniara. Próbował się na to nie skrzywić. Znów się nie udało. — Zaraz przyniosę.

Pospiesznie podniosła filiżankę, drżała w jednej dłoni, więc objęła ją drugą, zanim odłożyła na tacę. Niechętnie sięgnęła po talerz.

— Teraz to mi do niej napluje, zobaczysz — mruknęła Anna.

Zauważyła, że na nią patrzy, bo odrobinę za późno przypomniał sobie, że mógłby uciec wzrokiem albo przynajmniej udać, że to zdziwione spojrzenie, i znów się do niego uśmiechnęła, mimo całego rozbawienia tym razem inaczej – ostrożniej. W tym świetle jej oczy były dużo ciemniejsze niż zwykle, prawie bez śladu zieleni, granatowe.

— Tak sobie powiedziałam — dodała, mimo że nie zapytał, i pospiesznie zmieniła temat. — No, to co tam jeszcze robicie?

— Kiedy nie napierdalamy się z Kristoffa? — upewnił się Jens. — Napierdalamy się z Knuta Knudsena. Twierdzi, że umie wróżyć z kijków pogody.

Juhani odchrząknął wesoło.

— Na wiosnę umie, przecież boara¹¹ zawsze przepowiada.

— Wiesz co to kijki pogody, Anna?

— Po nazwie chyba się domyślam.

— Ajuści. To takie jakby… no, te… patyki?

— Patyki — zgodził się Juhani nieswoim głosem.

— Które wbijasz w ziemię… albo w lód, co tam masz pod ręką… i jak zginają się w dół, znaczy, że idzie odwilż, a jak w górę to… w sumie nie wiem, Knut zawsze wróży nam wiosnę. W każdym razie…

Jens wykonał dłonią serię gestów, które niewiele miały wspólnego z tym, o czym mówił. 

— Ja pierdolę — jęknął Kristoff, kiedy obaj zarechotali. — O tobie akurat miałem lepsze zdanie — zwrócił się do kuzyna, chociaż, gdyby miał być ze sobą szczery, jego też to rozbawiło.

— Już nie bądź taki święty.

Zwłaszcza, kiedy po jego komentarzu Anna zrobiła na wpół zbulwersowaną, na wpół zdegustowaną minę, jakby zrozumiała, że aluzja się pojawiła, ale już nie to, czego dotyczy. Zaśmiał się pod nosem.

— A ciebie co tak zgorszyło, sinnatagg? — zadrwił.

Wydęła usta i ściągnęła brwi, ale za mocno zmrużyła oczy i za wysoko zadarła podbródek – o linje, może nawet pół – żeby uwierzył, że naprawdę jest oburzona. Gdyby była, rumieńce spłynęłyby z twarzy na szyję, zdenerwowanie rozmazałoby je na dekolcie; z zażenowania mogłaby zaczerwienić się po uszy, ale teraz smuga różu ciągnęła się wyłącznie wzdłuż policzków, przecięta linią nosa, jak zorza nad górami

— Jesteście okropni — oznajmiła.

— Przed tym cię właśnie ostrzegałem.

Miał nadzieję, że zabrzmiało niedbale, jakby w gorsecie jej cycki zachowywały się dokładnie tak samo, kiedy gwałtownie wciągała powietrze, i jakby wcale znów nie przypomniał sobie o tej cholernej sukience.

— O tobie też mówię, Kristoffer!

— No właśnie, Kristoffer — podchwycił skwapliwie Jens, odchylając się do tyłu razem z krzesłem — robisz nam wstyd przed księżniczką, pro-ooo…! — Leniwym ruchem skrzyżował ręce za głową, ale nie zdążył nacieszyć się swoją pozycją, bo Kristoff kopnął jedną z nóg krzesła. W ostatniej chwili złapał równowagę, z hukiem uderzając dłońmi w blat zanim zdążyła się zderzyć z nim jego twarz. — …prostaku, kurwa mać!

Kristoff posłał mu niewinny uśmiech.

— Daruj. Skurcz.

— Takie wymówki to sobie zachowaj na następny raz, jak cię położę na łapę, dobra?

— Czy to będzie ten sam dzień, w którym wreszcie się odegrasz w pokera? — zainteresował się Juhani. — Bo przypominam, że wisisz mi cztery speciedaler.

— Bo oszukujesz!

— To się nazywa  b l e f .

— W dupę sobie wsadź taki blef. Widziałem, jak rozdajesz.

Höpöhöpö. Zapewniam ci tylko szczęście w miłości — odparł Juhani tonem ucinającym wszelkie dyskusje. Sięgnął po swoją szklankę, uniósł ją w niemym toaście i wychylił na raz, podczas gdy Jens zazdrośnie na niego łypał.

— Oszukuje.

— Co nie zmienia faktu — zauważył Kristoff — że nie umiesz spasować, kiedy masz słabą rękę.

— „Nie umiesz spasować, kiedy masz słabą rękę”! Się odezwał, ten, co chyba tylko w niedźwiedzia nie przegrał.

— Aż tak źle ci idzie? — wykrzyknęła Anna z zaskoczeniem zakropionym nutą współczucia, która zdecydowanie mu się nie podobała, ale ledwo dotarła do połowy pytania, już widział, jak zbiera się do kolejnego, żeby dodać, praktycznie bez żadnej przerwy, jakby nie umiała zdecydować, odpowiedź na które jest dla niej ważniejsza: — Co to niedźwiedź?

— Taka… no, gra.

Jens zrobił przy tym skruszoną minę, szczerze, nie przesadnie, i nagle wydał mu się tak podobny do Ivara, że Kristoff w pierwszym odruchu miał ochotę odsunąć krzesło i wstać od stołu.

Wspomnienie ostatniego wieczoru w kantynie mignęło mu przed oczami. A później jeszcze jedno – miękko zapadający wieczór, czysty i przenikliwy zapach mrozu, lód rozpościerający się przed nim jak morze – i setki innych podobnych, kiedy zwyczajnie odmrażali sobie tyłki przy ognisku, obolali i sztywni po całodziennym wysiłku. Palili tytoń, gotowali kawę i słuchali starych historii jeszcze starszych wydobywców, bo własnych jeszcze nie mieli, podczas gdy różowy zmierzch przechodził w zielenie zorzy i wtedy, nawet gdy odbierał kylling¹² z kolejnych rąk, cienie bilcut¹³ nie wydawały się groźne, zupełnie jak pęcherzyki powietrza.

Miał wrażenie, że to było bardzo dawno temu, z perspektywy Rosendal – w innym życiu.

— Rozumiem, że nie powiecie,  j a k a ?

— Nie — odpowiedzieli chórem, jakby się umówili.

Kąciki ust Juhaniego drgnęły, odebrał to jak poklepanie po ramieniu. Jens nieznacznie wzruszył ramionami, prawie-przepraszająco. Przez dłuższy czas żaden nie powiedział ani słowa, dawny porządek naturalnie wślizgnął się na swoje miejsce.

— Pfff — nadąsała się Anna.

Obracała się z boku na bok jak slåbbå na patelni, próbując wyczytać coś z każdej twarzy po kolei – nie wiedział, czy jej się to udało, ale do czasu, aż kukułka odezwała się ponownie, jedynym dźwiękiem zakłócającym panującą w jadalni ciszę były odgłosy skrzypienia jej krzesła i brzęk porcelany.

— No, a oprócz tego? — podjęła płynnie w takt dziewiątego „kuku”. — Gracie w coś jeszcze?

Jens sięgnął przez stół i zagarnął koszyk z chlebem. Po miskach z ziemniakami i kapustą zostały tylko delikatne okrągłe zmarszczki na obrusie.

— Czasem w kości — powiedział powoli, odrywając skórkę i skręcając ją między palcami w ciasną kanelsnurre. Okruszki posypały się na obrus, kiedy wetknął ją do ust, zaczął je zbierać miąższem. — Ale głównie w karty.

— I tylko w pokera?

— Taaa. — Przełknął. — Jak nie ma Juhaniego, jest całkiem znośnie.

Kuzyn uniósł brew i strzepnął mu na kolana kawałek chleba, który dotarł aż do jego nakrycia. Jens nawet nie mrugnął; natychmiast go podniósł i włożył do ust.

— A… na przykład w osła?

— Mamy już wystarczająco dużo osłów na Lodowych Polach — mruknął Jens. — Podasz mi trochę masła, Kristoff? Nie no, ale nie całą maselniczkę…

— Przecież i tak wszystko zjesz.

— W sumie…

Odebrał ją od niego, po czym sięgnął jeszcze po cukierniczkę i zajął się smarowaniem kanapek.

— To ta, w której zbiera się litery? — Kristoff przypomniał sobie, jak spędził któryś z pierwszych dni po Wielkiej Odwilży, całe popołudnie pocąc się nad stolikiem karcianym w altanie w zamkowym ogrodzie, z Olafem sypiącym mu w twarz śniegiem przy każdym podekscytowanym ruchu (czyli  k a ż d y m ) .  Musiał przesiąść się z krzesła na podłogę, żeby nie łamać sobie kręgosłupa, schylając się do blatu, żeby po raz kolejny przypomnieć im zasady. Anna przyznała, że ponieważ osioł wymaga przynajmniej trzech osób, nie grała w niego od co najmniej trzech lat. Od śmierci swoich rodziców. Nie powiedziała tego, nie wydawała się nawet smutna, roznosiła ją energia, i to  j e m u  zrobiło się przykro, kiedy patrzył, jak ekscytuje ją perspektywa towarzystwa bałwana i górala, jeszcze bez żadnych tytułów, chociaż pod ręką miała całe stadko dam dworu – więc kiedy uznali, że gra z kimś, kto nawet nie zna alfabetu, nie ma sensu i pozbyli się Olafa obietnicą gry w chowanego, pozwolił jej się ograć najpierw w warcaby (zapomniał o regule „za niebicie tracisz życie”), a później kilka razy pod rząd w loteryjkę (najpierw tylko niechcący, bo bardziej od wybierania odpowiednich kart zajmowało go wyciąganie ich w taki sposób, żeby dotknąć jej dłoni – a kiedy zobaczył, jak ucieszyła ją wygrana, już zupełnie celowo), a później niemal do zachodu słońca rozgrywali nigdy nierozstrzygniętą partię wojny. — U nas nazywa się „gówno”, mówiłem ci.

Rumieńce sięgnęły szczytów policzków Anny i po mostku nosa wspięły się pod linię brwi.

— Przestań!

— Ale tak fe nafyfa — potwierdził z pełnymi ustami Jens.

— Gramy też w oszusta — podsunął Juhani drwiąco. Strzepnął serwetę na kolanie, ale okruszki przywarły do wilgotnej plamy na środku, więc tylko zmiął ją w pięści i odrzucił na bok, na jedno z licznych wolnych miejsc przy długim stole.

— Tef mi coś. — Wyprostował się i w uprzejmym zdziwieniu uniósł brew na oskarżycielsko wycelowany w niego nóż do masła. — F nim kafda gra w karty to gra z ofustem.

— Ale cię bolą te cztery speciedaler.

— Pięć — zaśmiał się Kristoff. — Przegrał ze mną zakład dziś rano.

Juhani gwizdnął pod nosem.

Perkele¹⁴, to już prawie pół korony!

— Fpierdalajcie.

Jens zaczął przeżuwać chleb brutalniej i głośniej, przez co też znacznie szybciej uporał się z resztą kanapek i nic nie powstrzymało go, żeby na powrót włączyć się do rozmowy, kiedy Anna zapytała:

— Zawsze gracie na pieniądze?

— W karty? No, jeśli akurat je mamy. Od biedy na zapałki. Ale, jeśli pytasz o pokera, można też grać w rozbieranego.

Anna otworzyła usta, ale zamiast coś powiedzieć, tylko się zatchnęła. Zamknęła je z powrotem, zaciskając wargi w cienką jak włos kreskę, i zaczęła rzęsiście mrugać, jakby bała się, że jeśli jej oczy zostaną otwarte albo zamknięte choćby o ułamek sekundy za długo, będzie musiała sobie to wyobrazić.

— Po twojej reakcji wnioskuję, że jesteś jedyną osobą tutaj, która nie miała tej wątpliwej przyjemności oglądać gołego dupska Bjorgmana.

Kristoff przyłożył dłonie do twarzy, przeciągnął po policzkach.

Faen, Jens! — próbował warknąć, ale tylko prychnął; nie miał już siły na prawdziwe oburzenie. — Zamknijże się wreszcie.

— Niewiele tracisz — pocieszył ją Juhani.

Anna głęboko zaczerpnęła tchu, jej oddech odbił się od jego ramienia urywany, drżący, na granicy chrypnięcia. Delikatne piegi na dekolcie wtopiły się w skórę.

— A znacie bezika? — wypaliła. Jej głos zabrzmiał przesadnie głośno; wysoki, entuzjastyczny. Musiała to sama zauważyć, bo przez jej twarz przemknął delikatny grymas. Wzięła kolejny wdech, płytszy. Odsunęła się nieznacznie na krawędź krzesła. — To naprawdę świetna gra! Tylko że potrzebne są dwie talie.

— Znajdą się — uspokoił ją Juhani.

— Czekaj — Kristoff opuścił dłonie na kolana, zmrużył oczy. Od patrzenia na jej usta łaskotały go wargi — ty chcesz teraz grać w karty?

— A co, masz coś lepszego do roboty? — odpowiedział pytaniem kuzyn.

Cóż, właściwie nie miał. W baronii przygnębiająco niewiele rzeczy pozostawało mu do zrobienia.

— To dobrze — ciągnęła Anna — bo można też rozegrać partię na cztery osoby, ale ja zwykle grałam na dwie, no i z lordem Peterssenem, trochę mieszają mi się układy, bo każdy ma inną punktację, ale on naprawdę dobrze tłumaczy i…

— Nie, zaraz, chwila. — Juhani, który zamierzał właśnie sięgnąć do kieszeni, zatrzymał się w pół ruchu. Uniósł brew. — To ty nie wiesz, jak się w to gra?

— Oczywiście, że wiem! Każdy dostaje po osiem kart, od siódemek w górę… to znaczy, gra się kartami od siódemek w górę… rozdaje się po trzy, po dwie i znowu po trzy, potem odkrywa się jeszcze jedną… i gra się aż do wyczerpania talonu, to znaczy reszty kart, no, chyba że nikt nie zdobył jeszcze tysiąca punktów, bo ten, kto to zrobi, wygrywa.

— Y-yyhm…

Ani Kristoff, ani Peterssen nie kwapili się szczególnie do wspólnej gry, ale może, gdyby się wtedy zgodzili, teraz rozumiałby przynajmniej, o co dokładnie jej chodzi. Proponowała, że spróbuje pokazać mu rozgrywkę w praktyce, ale więcej czasu spędzili na uczeniu jej tasowania kart – to, co robiła do tej pory, można było nazwać co najwyżej  p r z e k ł a d a n i e m  – niż faktycznej grze.

— Nie znasz czegoś… ee… może trochę mniej skomplikowanego? — zasugerował.

— Mniej skomplikowana to będzie chyba tylko wojna.

— O nie! — Jens pochłonął ostatnie okruszki, otarł ręce w serwetę, później strzepnął o spodnie i skrzyżował ramiona. — To gra młodszego rodzeństwa.

— Co? — zaperzyła się Anna. — Czemu? Ja tam zawsze dobrze się bawiłam…

— Ale ty jesteś tą  m ł o d s z ą  siostrą.

— I?

— I nikt cię nie zmuszał, żebyś dawała komuś fory. — Juhani potarł mostek nosa, opuścił ramiona. Z nich wszystkich chyba najwięcej czasu spędził na „tylko jednej partyjce”, najpierw z Gaurim i Kristoffem, a później z całą resztą dzieciaków. To, ile wojen Jens przerżnął z Liv, wydawało się w porównaniu z tym niczym.

— Ach, no chyba, że tak.

— No właśnie. — Westchnął. — Naprawdę nie znasz innych gier?

— Znam. Tylko… większość jest jednoosobowa, sama najczęściej układam pasjansa. No, albo dwu, w niektóre też da się zagrać samemu… ale większość to nie karcianki, wymagają planszy…

Urwała i przygryzła wargę. Nie brzmiała wcale mniej wesoło niż wcześniej, musiał to sobie wyobrazić. Oczy wciąż błyszczały jej łzami przebrzmiałego rozbawienia, uśmiechała się lekko, sprawiała tylko wrażenie nieśmiałej, jakby zawstydziła ją własna samotność.

— Och, no przecież! — Akurat mrugnął, ale sądząc po dźwięku, uderzyła się w czoło. — Możliwe, że mam ze sobą patchesi!

Pat-co? — Jens pochylił się nad stołem, przyłożył dłoń do ust i rzucił półgębkiem: — Czy księżniczka właśnie nas obraziła?

Anna zachichotała, potrząsnęła głową i zaśmiała się głośniej, tym swoim lekkim, radosnym śmiechem, prawie dziecinnym, przez który Kristoff nagle poczuł się ciężki jak kamień.

— Mogę sprawdzić, zaraz wrócę! — Patrzył, jak zrywa się od stołu, łapie jedną ze świeczek, a refleksy światła tańczą na jej włosach i przedziałku, miękkie jak wełna skarpet, czerwień, purpura i złoto. — Trzymajcie kciuki, żebym je znalazła, to zdecydowanie lepsze niż bezik, a zasady są banalnie proste, mam je tutaj. — Odwróciła się przez ramię, zacisnęła wolną dłoń w powietrzu, odgięła mały palec, jakby chciała złożyć kolejną z tych swoich niedorzecznych obietnic. Pomyślał, że zmarznie po drodze, w korytarzu panował ziąb, a ona była boso. — O rany, nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio grałam z kompletem graczy.

Wydawało mu się, że on może wiedzieć. Trzynaście lat temu.

Żaden z chłopaków nic nie powiedział, ale ich twarze były zachęcające, prawie obco uprzejme.

Nie mieli żadnych powodów, żeby zacząć się nad nią litować albo jej współczuć, a jednak Kristoff poczuł ukłucie żalu, którego nie było w jej tonie nawet śladu.

_______________ 

¹ Skoavdi (płn.-lap.) – cienka lodowa skorupa na wodzie.

² Skávvut (płn.-lap.) – cienki lód na powierzchni śniegu.

³ Skabla (płn.-lap.) – powłoka cienkiego lodu na wodzie.

 Vuožža (płn.-lap.) – gładki, lustrzany lód, najczęściej tworzący się na powierzchni wody.

⁵ Skablut (płn.-lap.) – twarda, zwarta pokrywa lodu, trudna do poruszenia.

⁶ Roavru (płn.-lap.) – lód osiadły na dnie zbiornika wodnego po opadnięciu poziomu wody.

⁷ Höpöhöpö (fiń.) – bzdura, głupoty. Wyrażenie używane, by zaprzeczyć czemuś, co właśnie się usłyszało, co jest nieprawdziwe lub nie ma sensu.

⁸ Suddi (płn.-lap.) – otwarta przestrzeń na pokrytym lodem jeziorze.

 Ráhkis (płn.-lap.) – kochany, kochana.

¹⁰ Ruoktu (płn.-lap.) – dom.

¹¹ Boara (płn.-lap.) – wiosenny lód, roztopiony na tyle, że unosi się na powierzchnię wody, gdzie błoto śniegowe odparowuje, a lód ponownie zamarza, tworząc lodowe igły.

¹² Kylling (duń.) – „kurczak; potoczne określenie na małą (100-mililitrową) butelkę sznapsa.

¹³ Bilcut (płn.-lap.) – pokryty lodem.

¹⁴ Perkele (fiń.) – do diabła.


Oficjalnie przerzucam się na numery w indeksie górnym, bo moje oczy i ogólne zdrowie psychiczne nie zniosą -nastu gwiazdek w przypisach. W wolnej chwili dla spójności poprawię też poprzednie rozdziały. Jeśli jakoś źle wyglądają to przepraszam, ale nie chcą współpracować DDD:

Sztućce ułożone na godzinę piątą oznaczają skończony posiłek, a skrzyżowane na talerzu – że posiłek nie był smaczny.

2 komentarze

  1. Dobra, mam chwilę czas, więc komentuję.

    Kristoff, Jens i kto-tam-jeszcze-jest, to... no, Kristoff, Jens i kto-tam-
    jeszcze-jest, z resztą tak samo jak Anna taka annowa, bo nie ma wiem jakiego innego epitetu użyć. Określenia śniegu bardzo mi się podobają, muszę chyba wrócić do słowniczka i je sobie jakoś pozapisywać (i jednocześnie pytanie — skąd bierzesz te wszystkie saamskie smaczki? Bo pamiętam, że ja kiedyś szukałam i naprawdę za Chiny Ludowe praktycznie nic nie mogłam znaleźć, nawet po angielsku).

    Savoir-vivre zawsze szanuję, bo ja znam się na nim jak wilk na gwiazdach. No i widzę literkowane indeksy, według mnie i tak długo wytrzymałaś z gwiazdeczkami — osobiście miałam już dość po czterech.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To bardzo się cieszę, że są w charakterze <3

      Czasem mi się przypomina, że rodzinę królewską obowiązuje etykieta – wtedy na bieżąco coś riserczuję, i chyba bliżej savoir-vivre'u już nie będę xD

      A jeśli chodzi o Samów (uwaga, bo będzie długo) – wiele rzeczy od dawna mam zapisane w notatkach, więc nawet nie wiem, skąd dokładnie je wzięłam, na bieżąco zapisuję sobie też wszystkie wzmianki (a czasami całe zwroty), na jakie natrafię choćby w książkach. Z nie-fabularnych to na pewno czytałam Lapończyków Vorrena i Mankera, sporo tam informacji na temat kultury, ale jest stara, polskie wydanie bodajże z lat 80., co zresztą widać po tytule
      I Laponia. Wszystkie imiona śniegu, z której mało co pamiętam, ale tytuł był śliczny, i stanowił inspirację dla tego <3

      Ze słowników to glosbe chyba całkiem nieźle się sprawdza, przynajmniej od niedawna, i o tyle, o ile ja mogę to ocenić xd Znalazłam nawet norwesko-północnosamski słownik, który podaje odmianę.

      A do słów oznaczających śnieg/lód dokopałam się niechcący, chyba przy okazji pisania pierwszego rozdziału z POV-u Kristoffa, już nie pamiętam, jak dokładnie to zrobiłam, aczkolwiek podsyłam link – tłumaczenia są co prawda na norweski, ale z tym już można jakoś działać :) (słówka są w jednym z komentarzy pod wpisem)

      Usuń